Klubowy rejs mazurski – maj/czerwiec 2026

Za nami kolejna wyprawa pod banderą KS Górnik Boguszowice – Sekcja Żeglarska. Ten już tradycyjny rejs klubowy po Mazurach od ponad 10 lat gromadzi miłośników żeglarstwa, którzy co roku wspólnie przemierzają szlaki Wielkich Jezior Mazurskich.

  • Termin: 23 maja-2 czerwca 2026
  • Trasa: szlak Wielkich Jezior Mazurskich

Załoga pod dowództwem komandora klubu Damiana wyruszyła na szlak Wielkich Jezior Mazurskich, gdzie czekały ich niezapomniane widoki, żeglarskie wyzwania i prawdziwa przygoda.

Wszystko rozpoczęło się w Pięknej Górze, gdzie załoga przejęła jacht TES 32 Dreamer Vipozuna i zaokrętowała się. Nie była to jedyna załoga z naszą banderą, która w tym czasie przemierzała mazurskie jeziora.

Rejs Szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich ruszył pełną parą. Jak to bywa podczas klubowych wypraw — już na starcie nie mogło zabraknąć małej „przygody”. Tego dnia załoga zmierzyła się z zatkanym zlewem. Brzmi znajomo? Na szczęście jeszcze w macierzystym porcie bosman armatora szybko rozprawił się z usterką. Wielkie dzięki za pomoc i błyskawiczną reakcję.

Bez porannej kawy, bez zbędnych ceremonii — załoga komandora w składzie Asia z Gienkiem oraz Kornel i Adam obrała kurs na Węgorzewo. Mazury przywitały ich dokładnie tak, jak potrafią najlepiej: spokojem, przestrzenią i tym nieuchwytnym klimatem, którego nie da się opowiedzieć, trzeba go poczuć samemu.

Kisajno zachwycało dziką przyrodą, Dargin i Kirsajty wymagały od załogi położenia masztu, by przejść pod mostem — dobrze, że bramka na Milo została wcześniej uruchomiona, bo każdy mógł sobie przypomnieć co, jak i kiedy. Dalej już tylko potężne Mamry i kurs na Święcajty. W telegraficznym skrócie — właśnie tak wyglądał pierwszy etap tej historii.
Wiatr sprzyjał, solidne 4°B niosły jacht pewnie do portu. Portu, który — jak podejrzewamy — nie został wybrany przypadkiem. Czasem Mazury prowadzą nie tylko szlakiem jezior, ale też w miejsca, do których po prostu trzeba dopłynąć. Reszta pozostaje już słodką tajemnicą załogi.

Kolejnego dnia Mazury pokazały swoje dwa oblicza — zachwycające i nieprzewidywalne. Załoga Vipozuny, przy silnym i wymagającym wietrze, opuściła okolice jeziora Święcajty oraz Pięknego Brzegu, by obrać kurs na potężne Mamry i bezpiecznie zacumować w przystani Mamerki.

Już od pierwszych chwil było wiadomo, że to nie będzie zwyczajny etap wyprawy. Wiatr nabierał siły z każdą godziną, a tafla jeziora przypominała, kto naprawdę rządzi na wodzie. Kapitan szybko podjął jedyną słuszną decyzję — „refujemy żagle!”. Natura jednak postanowiła wystawić załogę na próbę.

W pewnym momencie gwałtowne porywy dokonały czegoś, co nawet doświadczonym żeglarzom zdarza się oglądać niezwykle rzadko — wyrwana została knaga szczękowa, przez którą prowadzony był fał rolfoka. Tak… wyrwana. Jakby jezioro chciało przypomnieć wszystkim swoją siłę.

Załoga zareagowała szybko i spokojnie, próbując zabezpieczyć fał do słupka relingu. I wtedy wydarzyło się coś kolejnego — słupek po prostu odleciał pod naporem żywiołu. Chwile pełne napięcia, adrenaliny i koncentracji pozostaną w pamięci na długo.

Takie sytuacje uczą pokory wobec natury. Woda i wiatr nie robią różnicy między nowicjuszem a starym wilkiem morskim. Mazury przypominają, że żeglarstwo to nie tylko piękne widoki i spokojne zachody słońca, ale również sztuka szacunku do sił, których człowiek nigdy do końca nie okiełzna. I właśnie dlatego ten sport daje tak ogromne emocje, uczy charakteru oraz buduje doświadczenie, którego nie da się zdobyć na lądzie.

Najważniejsze jednak, że cała historia zakończyła się szczęśliwie. Vipozuna bezpiecznie zacumowała w Mamerkach, a wieczór — jak to często bywa po trudnym dniu na wodzie — przyniósł spokój, śmiech i wspólny posiłek. Tam załoga komandora spotkała się również z Sebastianem, skiperem rejsu Szkoły Żeglarstwa „Róża Wiatrów” z Węgorzewa. To właśnie dla tego spotkania Vipozuna przez ostatnie godziny „kręciła się” po północnej części Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich.

Takie chwile budują prawdziwego ducha żeglarstwa — jedność, wzajemny szacunek i historie, które jeszcze długo będą opowiadane przy kei. Atmosfera klubowej wspólnoty z każdym rejsem staje się coraz silniejsza i daje ogromną motywację do kolejnych wypraw.

Następnego dnia kurs jachtu „Vipozuna” prowadził z Mamerek do Sztynortu — przez wodę wzburzoną, wiatr nieprzewidywalny i krajobrazy, które nawet doświadczonym żeglarzom potrafią odebrać mowę.

Choć prognozy zapowiadały na ten dzień 4°B, w porywach do 6°B, jeziora miały własny scenariusz. Fale raz po raz przelewały się przez pokład 32-stopowego jachtu, a wiatr świszczał na wantach niczym morska pieśń. Imponujące przechyły i zrefowane żagle tylko dodawały rejsowi charakteru — „Vipozuna” dzielnie pruła naprzód, jakby sama wiedziała, że prawdziwe żeglarstwo zaczyna się wtedy, gdy natura pokazuje swoją siłę.

Po przejściu pod mostem sztynorckim przed załogą otworzyły się wody jeziora Dargin. Mimo środka sezonu, na tafli było zaskakująco spokojnie. Większość załóg postanowiła przeczekać wiatr w bezpiecznych portach. Tym bardziej należą się słowa uznania dla dzielnej załogi komandora klubu, która bezpiecznie doprowadziła jacht do słynnego portu w Sztynorcie.

Kilka godzin później do tego samego portu wpłynęła flota dziesięciu jachtów Szkoły Żeglarstwa „Róża Wiatrów”, a wśród nich także nasz Sebastian. Mazurskie szlaki potrafią zaskakiwać spotkaniami, które długo pozostają w pamięci.

Prawdziwą niespodzianką okazał się jednak widok legendarnego jachtu „Biegnąca po Falach”. To jednostka, którą zna niemal każdy żeglarz przemierzający Szlak Wielkich Jezior Mazurskich. Gdy pojawia się na horyzoncie, trudno oderwać wzrok — majestatyczna, pełna historii i żeglarskiego ducha. Dobrze wiedzieć, że wciąż można spotkać takie jachty na mazurskich wodach.

Dzień nie obył się także bez kolejnej drobnej przygody technicznej. Tym razem uwagę załogi przyciągnęła instalacja elektryczna. Na szczęście winowajcą okazała się jedynie przejściówka kabla zasilającego. Dzięki pomocy obsługi portu szybko udało się rozwiązać problem — światło znów świeci, urządzenia się ładują, a lodówka nie poddaje się kaprysom pogody.

Po tak intensywnym dniu załoga udała się na odpoczynek kołysana falami i charakterystycznym śpiewem wiatru na wantach. Kto choć raz zasypiał na jachcie, ten wie, że to dźwięki, które zostają w pamięci na długo.

Po dniu odpoczynku w porcie Sztynort nadszedł długo wyczekiwany moment ponownego wyjścia na szlak.

Flota „Róży Wiatrów” z Sebastianem wróciła na wody Jeziora Święcajty, gdzie młodzi żeglarze mogli połączyć smak przygody z odkrywaniem historii i mazurskich tajemnic. Po zacumowaniu odwiedzili cmentarz z czasów I wojny światowej, a następnie wspięli się na wieżę widokową w Pięknej Górze, skąd rozciągał się majestatyczny widok na bezkres Wielkich Jezior Mazurskich.

W tym samym czasie załoga komandora obrała kurs na swój port macierzysty — Piękny Port — przecinając fale Jeziora Kisajno. Tam czekało ich nie tylko bezpieczne nabrzeże, ale i konieczny serwis jachtu po trudach rejsu. Jak relacjonują sami żeglarze, pracy było więcej, niż można opisać w kilku słowach. Najważniejsze jednak, że armator stanął na wysokości zadania, a „Vipozuna” znów mogła wrócić na mazurski szlak.

Dalsza droga nie należała do łatwych. Zmienne wiatry wystawiały załogę na próbę, a czas naglił przez konieczność napraw i postoju technicznego. Mimo to, dzięki doświadczeniu, współpracy i żeglarskiej determinacji, udało się szczęśliwie dotrzeć na Jezioro Jagodne do przystani Górkło.

Tego dnia drogi klubowych załóg rozeszły się. Jedni zakończyli swoją przygodę, zabierając ze sobą wspomnienia szumu wiatru i skrzypienia lin, inni popłynęli dalej ku kolejnym portom i nieodkrytym historiom.